Rozmowa z Martą Müller
Nienawidziła swojego ciała, żyła w błędnym kole zmęczenia i śmieciowego jedzenia. Dziś Marta Müller idzie na kebaba i wcale się z tego nie tłumaczy. Co się zmieniło? Przestała traktować trening jak przymus. Historia o tym, że owsianka nie jest obowiązkowa, kompleksy nie znikają po schudnięciu, a prawdziwa zmiana zaczyna się w głowie.
Fascynujesz się zdrowym odżywianiem. Na czym się koncentrujesz?
Głównie zajmuję się tematyką związaną ze zdrowiem na wielu płaszczyznach. Chcę pokazać ludziom, że zdrowy styl życia to absolutnie nie jest kara ani etap, przez który musimy się przemęczyć. Prawda jest taka, że my jesteśmy stworzeni do tego, żeby żyć zdrowo. Większość osób w ogóle o tym nie myśl, a moim zdaniem prowadzenie niezdrowego trybu życia to jest ciężkie – myślę, że tysiąc razy trudniejsze niż faktyczne życie w zdrowiu. Chcę szerzyć przekonanie, że to nie musi być nieprzyjemne. To
jest ogromny przywilej, który musimy wykorzystywać.
To nie znaczy, że mamy ze wszystkiego rezygnować. Ja też lubię chodzić na kebaba i wcale nie bywam tam rzadko! O to właśnie chodzi – żeby do wszystkiego podchodzić ze zdrowym balansem. Dla mnie zdrowy tryb życia zaczyna się wtedy, kiedy dostrzegasz, że możesz zachować balans.
Wszystko jest dla ludzi – i kebab, i sałatka, i pizza, i zielony shake.
Zawsze żyłaś zdrowo?
Nie, do pewnego momentu w swoim życiu prowadziłam bardzo niezdrowy tryb życia. Dopiero w liceum zaczęłam pracować nad sobą. Wcześniej nie miałam na nic energii, żyłam w błędnym kole. Wracałam do domu, nie miałam siły, więc nie szłam się poruszać, tylko leżałam na kanapie. Brakowało mi energii, żeby zrobić sobie coś zdrowego, więc sięgałam po śmieciowe jedzenie. Taki tryb życia z kolei sprawia, że nie masz siły i koło się zamyka.
Uważam, że prowadzenie niezdrowego trybu życia to jakieś zaprzeczenie naszego istnienia. Żyjemy po to, żeby się ruszać, żeby odżywiać się zdrowo.
Jedzenie jest po to, żeby nas odżywiać, dostarczać nam wszystkich rzeczy, których potrzebujemy.
W latach szkolnych strasznie nienawidziłam tego, że jestem trochę większa. Zawsze miałam tendencję do takiej budowy ciała. Można spokojnie powiedzieć, że miałam sporą nadwagę – co oczywiście wynikało z niezdrowego trybu życia. Patrzyłam na szczuplutkie koleżanki i myślałam, że to kwestia genów. Paradoksalnie cieszę się, że miałam kompleksy, bo stały się motywacją do zmiany. To jest częste zjawisko, że do sportu motywuje nas wygląd. Świetnie, jeśli z czasem zaczynasz dostrzegać, że zdrowie jest ważniejsze. Gorzej, jeżeli stawiasz wygląd na pierwszym miejscu i bez końca dążysz do idealnej sylwetki.
Teraz już nie masz kompleksów?
Skłamałabym mówiąc, że ich nie mam. To nie jest tak, że zaczęłam się zdrowo odżywiać, chodzić na siłownię i pozbyłam się kompleksów w stu procentach. Myślę, że wpływ mają czasy, w których żyjemy, szczególnie dostęp do social mediów. Wciąż widzisz ludzi, których na co dzień byś nawet nie spotkała. Trudno nie analizować, co u tej kobiety wygląda lepiej niż u mnie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że wygląd jest mało ważny, liczy się, że mam wszystkie kończyny, jestem zdrowa, w stanie chodzić, widzieć, smakować, czuć, doświadczać życia. Mimo wszystko czasem w głowie pojawia się wewnętrzny sabotażysta, który podpowiada: zobacz, tutaj ktoś ma lepiej wyrzeźbione ramiona, uda, nogi albo brzuch.

Kiedy zaczęłaś ćwiczyć?
Moja relacja ze sportem bardzo się zmieniła w ostatnich kilku latach. Kiedyś to był dla mnie przymus. Miałam taki mindset – naczytałam się książek samorozwojowych, które nakierowały mnie na trochę toksyczną stronę samorozwoju. Myślałam, że powinnam się zmuszać: mega mi się nie chce, nie mam ochoty tego robić, ale idę i się katuję na treningu, bo wychodzę ze strefy komfortu i ćwiczę silną wolę.
Najbardziej polubiłam się ze sportem, kiedy zaczęłam to traktować nie jako przymus albo karę, tylko jako przywilej. Zmieniłam myślenie z „muszę iść na siłownię” na „jaki to cudowny przywilej, że mogę iść na siłownię”. Zdrowie i możliwość treningu to przywilej, niezależnie od wieku.
Warto też zapewnić sobie różnorodność. Ostatnio siłownia nie daje mi aż takiej frajdy jak jeszcze rok czy dwa lata temu, więc gram więcej w tenisa, zaczęłam biegać. Z bieganiem też miałam tak, że zawsze chciałam zacząć, ale musiałam się do tego zmuszać. Wiedziałam, że kiedyś może przyjść taki czas, że po prostu zacznę to lubić. I rzeczywiście przyszedł!
Tak samo jest z odchudzaniem. Bardzo często podkreślam: jeśli chcesz schudnąć, trzymasz deficyt kaloryczny i jesz mniej. Niby to proste, ale nie zawsze. Nie każdy i nie zawsze ma na to zasoby psychoenergetyczne. Sama mam lata doświadczenia w redukcji, ale czasem mi nie wychodzi. Uważam, że nie wszystko musi być trudne. Nie musimy podejmować się ciężkich rzeczy. Możemy je po prostu polubić.
Zdrowy styl życia też zaczyna się wtedy, kiedy ty to lubisz, kiedy to nie jest kara.
Moja siostra np. nienawidzi owsianek. Mówię jej, że owsianka jest zdrowa, ale to nie oznacza, że musi ją jeść. Da się znaleźć zamiennik, który polubi.
Mam wrażenie, że wiele osób krępuje się np. pójść samemu na siłownię. Masz na to rozwiązanie?
Może to nie jest najlepsza rada, ale najbardziej szczera – bardzo lubię korzystać z pomocy osób, które się na tym znają. Jeżeli np. chciałam zrobić szpagat, mogłabym sobie puścić tutorial na YouTubie i próbować, ale wolałam pójść do trenera. Wiem oczywiście, że nie każdy ma na to zasoby finansowe.
Z bieganiem było tak, że nie korzystałam z pomocy profesjonalisty. Miałam koleżankę, która biega, więc wysłałam jej zdjęcie butów, nad których zakupem się zastanawiałam, żeby mi doradziła. Też było mi dziwnie, zastanawiałam się, czy nie układam krzywo nóg, czy nie widać, że pięć lat nie biegałam. Ale po prostu chciałam zrobić coś dla siebie. Trzeba sobie uzmysłowić, że to jest rozwojowe, a spróbowanie czegoś nowego może satysfakcjonować. To jest największy zapalnik.
A co jeśli kusi nas, żeby się poddać?
Przede wszystkim kluczowe jest sprawdzanie różnych rozwiązań, bo każdy z nas jest inny i prowadzi inny tryb życia. Staram się inspirować widzów moimi filmami na YouTube, ale doskonale wiem, że nie wszyscy mogą stosować te wskazówki 1:1. Jeśli ogląda mnie młoda mama, może powiedzieć, że ona nawet nie ma czasu dla siebie, więc jak ma jeszcze wdrożyć nowe nawyki.

Zaleciłabym szukać i eksperymentować. Wiem, że to długi proces, ale czas i tak płynie. Jeśli więc masz zmarnować go na kiepski stan zdrowia, to lepiej poświęcić go na odkrywanie najlepszej wersji siebie. U mnie też to była długa droga. Nie było tak, że poszłam do dietetyka, schudłam i było super. Odkrywałam, co mi sprawia przyjemność, a co nie, jakie nawyki lubię, a jakie niekoniecznie. Bez sensu jest się katować i zmuszać. Odkrywasz siebie, odkrywając swoją ścieżkę zdrowia. Naprawdę tak uważam.

