Co piąta ciąża w Polsce kończy się poronieniem. Paulina Szydłowska straciła trzy. Za pierwszym razem, kiedy przyjechała do szpitala z krwawieniem – po latach starań o dziecko – usłyszała od lekarza: „Na pewno pani latała jak poparzona po mieście, więc pani krwawi”. Przy dwóch pierwszych poronieniach lekarz powiedział jej: „Jak pani poroni trzeci raz, to wtedy pani zrobi badania”.
Dziś Paulina jest prezesem Fundacji Ronić po Ludzku i mamą tęczowego dziecka. Walczy o to, by żadna kobieta nie czuła się w szpitalu jak biała kartka, której nikt nie powie o prawach. Rozmawiamy o stracie, żałobie, przemocy szpitalnej i o tym, dlaczego to nie kobiety powinny googlować swoje prawa – tylko personel powinien je znać.
Dlaczego w Polsce cały czas tak trudno mówić o stracie ciąży? Dlaczego się tego boimy?
Myślę, że jest to związane przede wszystkim z tym, że nie jesteśmy tego uczeni. Nikt nas nie uczył jak rozmawiać o śmierci, o stracie. To jest raczej temat tabu, temat, który się bardzo często bagatelizuje, o którym właśnie nie potrafimy rozmawiać. Często rodziny też nie chcą o tym słyszeć. W portalach społecznościowych jesteśmy karmieni treściami wesołymi, pozytywnymi. Mało jest treści o trudnych emocjach.
Czy po pierwszym poronieniu miałaś z kim o tym porozmawiać?
Po pierwszej stracie czułam się bardzo osamotniona. Tak naprawdę miałam tylko wsparcie w mężu. Być może związane to było z tym, że to była właśnie pierwsza strata, czyli spotykałam się z reakcjami: a nie martw się, jesteś młoda, będzie następna, zdarza się, statystyka. Być może było to też związane z tym, że to była wczesna ciąża – siódmy tydzień. Ale dla mnie było to bardzo trudne, bo ta ciąża pojawiła się już po latach starania się o nią.
Do tej pory wydawało mi się, że wystarczy zajść w ciążę, a później to już karta złego losu się odwraca i czekam po prostu tylko na to aż zostanę mamą. Okazało się, że samo to, że zaszło się w ciążę, nie oznacza, że to dziecko się pojawi za kilka miesięcy. Miałam też taki moment, że zwątpiłam w siebie jako w kobietę – co za mnie za kobieta, jeżeli nie potrafię zajść w ciążę i jej utrzymać. Moje poczucie kobiecości, zaufania do lekarzy zostało podważone.
Co byś powiedziała kobiecie, która dziś jest w momencie straty?
To, co chciałabym wtedy powiedzieć sobie i co chcę powiedzieć innym kobietom, to: my jako kobiety nie mamy wpływu na poronienie. To jest straszne, ale prawdziwe – nie mamy nad tym kontroli. Nie możemy zadziałać żadnym czynnikiem, który pomógłby nam zajść w ciążę czy ją utrzymać. To jest od nas kompletnie niezależne.

Z rozmów z różnymi kobietami wiem, że bardzo często pojawia się u nich utrata wiary w siebie i poczucie winy. To poczucie jest czasami niestety podsycane przez osoby bliskie, które mówią: Ale dlaczego gdzieś jechałaś? Czemu pracowałaś? Czemu nie poszłaś na zwolnienie?
Statystyki mówią, że co piąta, co czwarta ciąża kończy się poronieniem. Najczęściej związane to jest z nieprawidłowościami genetycznymi i najczęściej właśnie to wiąże się ze stratą w tym pierwszym trymestrze.
Co czują kobiety, z czym nie mogą sobie poradzić po poronieniu?
Na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim poczucie winy – że to one zrobiły coś, co do tego doprowadziło. Po drugie, alienacja społeczna. Kobiety czują się osamotnione, mają wrażenie, że są same w tym doświadczeniu, a dookoła rodzi się mnóstwo dzieci. Nikt z tym nie ma problemów, one o tym nie słyszały, a one są jedyne na świecie, które mają problem z utrzymaniem ciąży. Czasami zdarza się, że kobiety nie czują wsparcia od partnera – zdarzają się sytuacje, że związek zaczął się chwiać, bo pojawiały się różne emocje.
Co uważasz, że w naszym społeczeństwie jest trudniejsze? Sama strata czy reakcje ludzi dookoła, brak wsparcia?
Wiele kobiet w momencie, gdy otrzymuje pozytywny test ciążowy, już czuje się mamami. Snują wizję, jak umeblować pokój, jakie kupić łóżeczko, jaki wózek. Kiedy ta ciąża się kończy, to jest jak zderzenie z rozpędzonym pociągiem. Ta przyszłość nagle przestaje istnieć. Miałam rozmowę z mężczyzną, który powiedział coś ważnego: gdy żegnamy osobę starszą, którą znaliśmy, mamy algorytm postępowania. Wiemy, że trzeba wyprawić pogrzeb, pożegnać się, ubrać na czarno – mamy rytuały. A gdy dochodzi do straty dziecka, straty okołoporodowej, tego algorytmu nie mamy. Zaczynamy się gubić, nie wiemy, co robić.
Czy jest łatwiej komuś znieść poronienie, kto ma już dzieci?
Rozmawiałam z kobietami, które już miały dzieci i poroniły. One słyszały komentarze: Ale nie martw się, przecież masz dziecko, masz dzieci. Udało ci się, prawda? A one odpowiadają: Właśnie że mam dziecko – i dlatego wiem, co straciłam. Myślę, że równie trudny jest powrót do domu, gdy przeżywa się żałobę, a w tym domu jest wesołe dziecko, które chce się bawić. Dziecko widzi, że mama jest smutna i płacze. Nie rozumie sytuacji. Gdy mama nie ma siły się nim zająć, może podświadomie pomyśleć, że to jego wina. Dla kobiet bardzo trudne jest wrócić do domu, gdzie nie ma miejsca na przeżywanie smutku.
Co powinna zrobić kobieta w takiej sytuacji? Jak powinien zareagować partner?
Myślę, że zwłaszcza na początku ważne jest wsparcie innych osób. Oczywiście to bardzo indywidualne – są osoby, które potrzebują wtedy samotności. Ale gdy w domu jest dziecko, ogromną pomocą byłoby zaopiekowanie się nim – zabranie do kina, na basen, gdziekolwiek – żeby para mogła przeżyć tę żałobę chociaż przez chwilę w spokoju, we dwoje.

Myślę, że najważniejsze to po prostu zapytać tę parę, tę kobietę, czego potrzebują. Być może niczego, a być może będzie to coś, co jesteśmy w stanie im dać. Inicjatywa powinna wychodzić od otoczenia – nie pytanie: jak mogę wam pomóc? (bo w szoku ktoś nie wie, co odpowiedzieć), ale konkretne propozycje: Może zabierzemy małą/małego, żebyście mieli trochę czasu dla siebie? Warto jednak wyczuć, na ile możemy sobie pozwolić. Gdy pytam, czy czegoś potrzebują, obserwuję mimikę, gesty – czy moje pytanie jest odpowiednie, czy nie naruszam granic, intymności, żałoby. Działamy intuicyjnie i szanujemy granice.
Czy stratę ciąży mężczyzna przeżywa tak samo jak kobieta?
Rozmowy z mężczyznami pokazują, że mężczyźni bardzo dotkliwie również przeżywają stratę. Oczywiście to też być może jest zależne od etapu trwania ciąży – w momencie kiedy ta ciąża staje się wyższa, bardziej widoczna, stają się odczuwalne dla partnera ruchy dziecka, to ta strata będzie też inaczej odczuwana niż strata na wcześniejszym etapie.
Jednak mężczyźni bardzo często wchodzą w rolę ratowników, opiekunów. „Okej, dobra, to teraz załatwiamy pogrzeb, muszę zadzwonić do zakładu pogrzebowego, muszę załatwić akt dziecka, żeby zarejestrować dziecko w urzędzie”. Są skupieni bardzo na określonych zadaniach i na tym, żeby wesprzeć swoją partnerkę. To też jest kulturowo, społecznie zakodowane – mężczyzna to jest ten jak skała, on ma być wsparciem dla kobiety w momencie, kiedy dzieje się coś niedobrego. Mężczyźni często wchodzą w rolę ratowników, opiekunów.
Jakie są najczęstsze konsekwencje psychiczne poronień? Co może się dziać w głowie niezaopiekowanych kobiet?
Myślę, że warto tutaj wspomnieć o staraniu się o kolejną ciążę. Dla kobiety, która przeżyła poronienie bardzo ciężko, dla której to była dotkliwa strata, na którą nakłada się jeszcze trauma ze szpitala, zostawienie jej sam na sam z tymi emocjami i jednocześnie staranie się o kolejną ciążę – to może być po prostu za dużo. Mogą pojawić się skrajne emocje, np. ogromny lęk przed kolejną ciążą, przed pobytem w szpitalu.
Pamiętam, że po mojej pierwszej stracie, gdy przyjechałam około dwa tygodnie później po odbiór wyniku histopatologicznego, weszłam do szpitala i po raz pierwszy i ostatni w życiu dostałam ataku paniki. To było dla mnie zderzenie z tym, że rzeczywiście to, co się wtedy wydarzyło, było trudne. Nawet moje ciało czuło, że przeżyło coś traumatycznego.
Pozostawienie kobiety sam na sam z tymi emocjami, w tej sytuacji, a jednocześnie staranie się o kolejną ciążę, wizyty lekarskie, badania ginekologiczne – które same w sobie mogą być traumatyzujące – jest po prostu niebezpieczne.
Ja byłam w psychoterapii dwa lata przed kolejną ciążą i mimo to czułam ogromny lęk w tej ciąży, która ostatecznie się udała. Używałam tylko soli i pieprzu do jedzenia, bo lubczyk może wywoływać skurcze macicy. Piłam zwykłą herbatę, bo herbata owocowa z hibiskusem też może wywołać skurcze. To już było po dwóch latach psychoterapii. A teraz wyobraźmy sobie kobietę, która nie otrzymała żadnego wsparcia, nie chodziła na terapię. Co ona może czuć? Paraliżujący lęk o dziecko, lęk przed porodem, lęk przed zwykłą wizytą lekarską.
Często dochodzi do depresji, do myśli samobójczych, do desperacji. Mózg szuka ujścia dla tych emocji w bardzo mrocznych miejscach, które absolutnie wymagają profesjonalnej pomocy.
Czy po poronieniu w szpitalu można liczyć na opiekę psychologa?
W szpitalu powinien być psycholog, który udzieli konsultacji – jednorazowej lub codziennej, w zależności od tego, jak długo kobieta przebywa w szpitalu. Z tymi rozmowami bywa różnie. Zwłaszcza w małych placówkach, gdzie jeden psycholog przypada na cały szpital i musi obsłużyć wielu pacjentów. Często pacjentki po poronieniu po prostu nie otrzymują wsparcia psychologicznego, bo logistycznie i organizacyjnie jest to niemożliwe.
W większych ośrodkach jest łatwiej, bo zazwyczaj pracuje tam więcej psychologów. Jednak kobiety zgłaszają problem, że te rozmowy nie zawsze są adekwatne do sytuacji. Nikt nie sprawdza przy zatrudnianiu, czy dany psycholog ma kompetencje do rozmów na trudne tematy. Kobiety skarżyły się, że usłyszały od psychologa: „No teraz trzeba przeżyć żałobę, ale pani ma dziecko w domu, będzie łatwiej”.
Ogólnie sytuacja jest lepsza niż gorsza – kobiety często chwalą wsparcie w szpitalach – jednak zdarzają się skrajne przypadki. W standardach opieki jest zapisane, że kobieta ma prawo do rozmowy z psychologiem. Czasami personel pyta, czy kobieta chce takiej rozmowy. Ja miałam takie pytanie przy pierwszym poronieniu. Wizyta trwała jednak zaledwie 10 minut.
Kobieta po poronieniu nie ma siły, żeby analizować swoje prawa – że przysługuje jej psycholog, osobna sala. To są informacje, które powinny wyjść z ust personelu, bez pytania.
Jak fundacja wspiera kobiety? Kto może się do was zgłosić?
Fundacja oferuje głównie wsparcie prawne, ale także psychologiczne. Naszym celem jest, aby prawa pacjentek były respektowane i aby personel o nich wiedział. Wychodzimy z założenia, że kobieta, która trafia do szpitala po stracie ciąży, jest białą kartką. Ona nie musi znać swoich praw, nie musi googlować, co jej przysługuje. To powinno wyjść od personelu.
Działania Fundacji Ronić po Ludzku
Wsparcie prawne – gdy dochodzi do naruszenia praw pacjenta, nasza prawniczka interweniuje i pisze skargi do szpitali.
Monitoring jakości opieki – mamy stronę „Ronić godnie”, gdzie każda kobieta może ocenić placówkę medyczną w Polsce pod względem jakości opieki, respektowania praw, wsparcia psychologicznego i podejścia personelu. Można też opisać swoją sytuację.
Infolinia informacyjno-prawna – dzwonią głównie kobiety, ale jesteśmy otwarci także na personel medyczny, który chce się dowiedzieć więcej.
Wsparcie psychologiczne – oferujemy trzy bezpłatne konsultacje psychologiczne.
Praktyczna pomoc – np. gdy kobieta dzwoni ze szpitala: Personel nie wie, jak ma wyglądać zaświadczenie, albo w ogóle o tym nie słyszeli. Na co mogę się powołać? Jaka jest ustawa? – my pomagamy.

Skupiamy się na zmianach systemowych i edukacji personelu medycznego. Nie mówimy kobietom: Oto twoje prawa na wypadek poronienia – tylko działamy, aby personel sam te informacje przekazywał.
Dlaczego to robisz?
To, co przeżyłam po pierwszej stracie w szpitalu, stało się impulsem do powstania fundacji i do nagłaśniania takich sytuacji.
Pod względem prawnym wszystko było w porządku – dostałam osobną salę, informacje o badaniach genetycznych, o zabiegu. Ale po dziś dzień pamiętam komentarze, które wtedy usłyszałam od lekarzy.
Możemy spisać różne prawa, możemy ich przestrzegać i o nich informować, ale jeśli nie podejdziemy do pacjentki po ludzku, ona ten pobyt zapamięta jako traumatyczny.
Chcę stworzyć ogólnopolski raport o tym, jak wygląda opieka po poronieniu – jakie są statystyki, gdzie jest najgorzej, w jakim mieście, województwie, co jest najmniej respektowane. Chcemy przekazać ten raport do Ministerstwa Zdrowia i NFZ wraz z naszymi rekomendacjami. Zależy mi na dużych, systemowych zmianach, które rzeczywiście przyniosłyby realne efekty w placówkach.
Co powiedzieć kobiecie po poronieniu?
Myślę, że kiedy nie wiemy, co powiedzieć, lepiej po prostu milczeć – żeby nie powiedzieć czegoś niewłaściwego. Ale jeśli chcemy coś powiedzieć, wystarczą proste słowa: Przykro mi. Przykro mi, że cię to spotkało. Dla kobiety, która straciła ciążę i ma wrażenie, że jest w tym sama, a otoczenie bagatelizuje jej ból – takie: Przykro mi to jest sygnał: Stało się coś strasznego i masz prawo tak to odczuwać. Czasami wystarczy zwykła obecność, ugotowanie herbaty, przygotowanie obiadu – oczywiście jeśli osoba sobie tego życzy. Warto szanować granice. Ja na przykład po ostatniej stracie marzyłam tylko o tym, żeby być sama z mężem. Nie chciałam nikogo innego obok.

