Dzieciństwo to matryca na całe życie
Najtrudniejszy wyścig toczy się poza trasą – o szczęście syna po rozpadzie rodziny. Rafał Sonik mówi wprost: rozstanie rodziców to dla dziecka jak wybuch wojny, wstrząs porównywalny z nieuleczalną chorobą. Opowiada o pracy z psychologami i mediatorami oraz tym, dlaczego dzieciństwo jest matrycą, której nie da się stworzyć od nowa w dorosłym życiu.
Jesteś zwycięzcą Rajdu Dakar i przedsiębiorcą, ale dziś porozmawiamy o zupełnie innej roli – zaangażowanego ojca po rozstaniu. Jak to jest być rodzicem „po przejściach”?
Przede wszystkim trzeba zrozumieć, co przeżywa dziecko. Jak mogłoby nie czuć niepewności, jeśli traci to, co jest dla niego jedynym schronem?
Rozstanie rodziców to jedna z największych tragedii, jaka może się przydarzyć na początku życia. Stawiałbym to na tym samym poziomie dramatu, co nieuleczalną chorobę.
Poczucie przewidywalności i bezpieczeństwa jest dla dziecka fundamentalnie ważne, zakodowane w jego matrycy.
Mój syn, Gniewko, jako trzyletnie dziecko, zasypiając, mówił „kocham Cię, mamusiu”, odwracał się w drugą stronę i mówił „kocham Cię, tatusiu”. Czy jest coś bardziej naturalnego? Nie ma. Aż nagle – i to dzieje się w wielu związkach – okazuje się, że nie ma jednej ze stron, nie ma wspólnego domu. Świat się wali.
Myślę, że poranek 24 lutego 2022 roku dla mieszkańców Ukrainy to jest mniej więcej to, co się dzieje w świadomości i emocjach dziecka, kiedy nagle okazuje się, że ten dom przestanie istnieć. Wstrząs. Najgorsze, co w ogóle może mieć miejsce. To później odciska się na każdej kolejnej chwili. Ktoś może powiedzieć o dziecku: tak bywa, zahartuje się. Tylko, że to dwoje rodziców sprowadziło to dziecko na świat i to oni są za nie odpowiedzialni. To rodzice mają obowiązek zadbać w pierwszej kolejności o dziecko, a nie o burzę swoich emocji. Jeśli tak do tego nie podchodzą, to niestety oznacza, że decyzja o poczęciu dziecka była nieodpowiedzialna.

Żeby patrzeć w lustro i nie widzieć w nim złego człowieka, trzeba postawić dobro i emocje dziecka na pierwszym planie.
Jak zadbaliście o Gniewka podczas rozstania, żeby to poczucie bezpieczeństwa w nim pozostało jak najmniej zachwiane? Czy byliście zgodni, że koncentrujecie się głównie na dziecku, a nie tym, co działo się między Tobą a byłą partnerką?
Mówiąc uczciwie, uznałem, że muszę postarać się bardziej, bo jestem 20 lat starszy od mamy Gniewka. Jako dojrzały człowiek powinienem mieć więcej świadomości i zrobić wszystko, co się da. Kiedy po dwóch latach tytanicznego wysiłku, zdałem sobie sprawę, że rozpad rodziny jest nieuchronny, skupiłem się na tym, żeby zminimalizować negatywne skutki, przede wszystkim poprzez uważność i jak największą wiedzę. Starałem się za trzech, uczyłem za trzech. Uznałem, że to działa, jak u pary koni – jeden jest mniej chętny do ciągnięcia przysłowiowego wozu, ale drugi jest świadomy i gotowy, bo widzi w tym nadrzędną wartość. W tym przypadku to, kim kiedyś będzie dziecko.
Widzę efekty tej pracy. Gniewko jest świetnym uczniem, nie opuszcza szkoły, nie spóźnia się. Wypowiedzi nauczycieli leją miód na moje serce. Rówieśnicy też postrzegają go jako koleżeńskiego, empatycznego, ujmującego się za słabszymi. Jestem z niego niesamowicie dumny.
Pomaga mi w tym nawet kilkanaście osób: od psychologa dziecięcego, przez mediatora z wieloletnim doświadczeniem, który rozumie wyzwania w relacjach. Zbudowaliśmy team, którego liderem oczywiście jestem ja, jako ojciec. Stabilizujemy, słuchamy, przewidujemy, robimy wszystko, co daje szansę Gniewkowi na bardziej miękkie lądowanie. To już jest proces prawie pięcioletni. Spotkaliśmy po drodze fantastycznych ludzi z ogromną empatią, zrozumieniem, dojrzałością, z taką gotowością do świadomej pomocy. Niestety istnieją również ludzie nikczemni, nastawieni koniunkturalnie. Co najgorsze, są to ludzie, którzy w teorii powinni być doświadczeni, świadomi i przygotowani do pomocy dziecku przechodzącemu przez rozpad rodziny. Często nawet sami są rodzicami.
Co masz na myśli przez „nastawieni koniunkturalnie”?
To znaczy, że w ogóle nie rozumieją nadrzędności dobra dziecka i szykanują ojca. Nie chciałbym uchodzić za eksperta od relacji czy od rozstań. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem miarodajnym przykładem polskiego ojca, bo moja sytuacja jest nietypowa. Po pierwsze, Gniewko urodził się, gdy miałem 50 lat. Po drugie, jestem 20 lat starszy od jego mamy. Po trzecie, we wcześniejszym związku wychowywałem syna mojej żony z jej poprzedniego małżeństwa. Tworzyliśmy wręcz idylliczną patchworkową rodzinę, przyjaźniłem się z jego biologicznym ojcem przez ponad 20 lat. Współuczestniczyłem również w wychowaniu dzieci mamy Gniewka z innych związków. Byłem doświadczonym ojczymem.

Kiedy jednak rodzi Ci się biologiczne dziecko, czujesz inne emocje. U mnie to były emocje związane z byciem nie tylko ojcem, ale w pewnym sensie też dziadkiem, ze względu na wiek. Gniewko stał się najważniejszy, całkowicie zmieniły się moje priorytety.
To dla mnie ogromny cios w kręgosłup moralny, gdy widzę, jak ktoś nie zwraca uwagi na krzywdę wyrządzaną dziecku i nie rozpoznaje, co będzie dla niego dobre. Nieważne, co rodzice myślą o sobie nawzajem, dla dziecka są jedyni, na zawsze.
Trzeba pamiętać, że dziecko jest suwerennym człowiekiem, a nie własnością mamy ani taty.
Nawet przeciętnie empatyczny człowiek czuje, że jakość życia dziecka wpływa na jakość życia rodzica. To jest instynkt samozachowawczy: jeśli dziecko będzie nieszczęśliwe, to odbije się na nas, im jesteśmy starsi, tym bardziej.
Co robisz, żeby jakość życia Gniewka była jak najwyższa? Starasz się przewidzieć trudności, które mogą się pojawić?
Problemy nie zaczynają się w wieku kilkunastu lat, ale bardzo często we wczesnym dzieciństwie. W tym czasie budują się najważniejsze cechy i najważniejsze elementy konstrukcji psychicznej, takie jak odpowiedzialność. Gdy Gniewko poszedł do pierwszej klasy zdarzały mu się wybuchy złości. Stracił to znajome, przedszkolne środowisko, które go stabilizowało, mimo rozstania rodziców. Pracowałem już wtedy z psychologiem, więc rozumiałem, z czego to wynika, że syn okazuje przy mnie emocje, bo czuje się bezpiecznie. Niestety bywa, że rodzice nie wiedzą, jak sobie radzić, reagują złością, rozdrażnieniem, a to tylko pogłębia problem. Dziecko w takiej sytuacji zaczyna postrzegać swoje otoczenie, jako obce i wrogie.
Wytrwałość zbudowana w sporcie pomaga Ci również w ojcostwie?
Nie każdy może jechać na Dakar, ale Dakar to życie, a życie to Dakar i trzeba temu sprostać. Kiedyś moim najważniejszym sędzią będzie Gniewko. Od samego początku trzeba budować z dzieckiem relację opartą na prawdzie – oczywiście dostosowanej do wieku i percepcji, żeby nie była dla niego obciążeniem. Moim zadaniem jest za nim podążać.
Jak dbasz o to, żeby być blisko tego, co dzieje się w życiu Gniewka?
Prosty przykład: zapytałem niedawno kilku nauczycieli, ile razy od początku roku byli rodzice. U większości to był raz, czy dwa, u mnie cztery, a nawet pięć. Nie chodzi o to, że jestem nadopiekuńczy, ale chcę być czujnym rodzicem, takim wczesnym saperem. Jeśli ma pojawić się problem, to ja chcę wiedzieć o nim jak najwcześniej, żeby móc zareagować.
Jeśli zdarzy się, że Gniewko dostanie gorszą ocenę, rozmawiamy o tym, czy ją poprawić. Nie chodzi o to, żeby był prymusem, ale żeby nauczył się podnosić po porażce. To, że mi się coś nie udało, nie oznacza, że jutro nie może mi się udać. W ten sposób buduje w sobie życiową zaradność. Zależy mi, żeby rozpad rodziny nie był dla niego początkiem porażek i złej passy. Oczywiście, żadna sklejona waza nie będzie wazą sprzed rozbicia. Wiele rzeczy da się jednak poprawić.
Jaka jest Twoja rada dla osób, których związek się rozpadł?
Moim apelem do osób przechodzących przez rozstanie jest: weźcie z tego naukę.
Można powiedzieć, że nie wyszło, bo to był zły partner czy partnerka, tyle że to nas niczego nie nauczy. Ja wyciągnąłem lekcje z poprzednich związków, żeby problemy, które doprowadziły do rozstania, nie zaistniały w aktualnej relacji. Nie wszystko da się odbudować, ale kolejny dom można zbudować mądrzej.
Wiele problemów dorosłych ma swoje korzenie w dzieciństwie. Jak ważne jest to, co dzieje się w pierwszych latach życia dziecka?
Prawie wszystko zaczyna się w dzieciństwie. To jest czas, który przypomina rysowanie matrycy, jakbyś wyrył w metalowej płycie ścieżki myślenia i postępowania swojego dziecka.
Ono później już nie wyjdzie z tej matrycy. Jeżeli ta matryca nie będzie świadomie, mądrze, empatycznie zbudowana na samym początku, to później już tylko idziesz po powierzchni. Możesz tylko piłować, szlifować, a to w dzieciństwie mówimy o kształtowaniu.
Lubię porównanie z plasteliną. Gdy jest ciepła, jest miękka i plastyczna, ale kiedy ją schłodzisz, nic nie da się z nią zrobić. Dziecko jest jak taka ciepła, miękka plastelina,
jego charakter, nawyki, przyzwyczajenia dopiero się budują. Z wiekiem człowiek staje się coraz mniej plastyczny, trzeba więcej wysiłku, żeby zmienić nawyki. W końcu staje się prawie niereformowalny, chyba że sam ma taką refleksję i potrzebę.
Zdarza się, że to dzieci uczą nas, dorosłych?
Piętnaście lat temu zaczynaliśmy projekt „Czyste Tatry”. Tysiące wolontariuszy, mnóstwo śmieci na szlaku, turyści przyjmowali to raczej z obojętnością. Po kilku latach zrozumiałem, że najlepiej edukować dzieci, że śmiecenie na szlaku to obciach. One przyjmowały to szybciej niż dorośli, a nawet zaczynały ich edukować. Dzisiaj te dzieci mają ponad dwadzieścia lat, a ilość śmieci w Tatrach się zmniejszyła, mimo rosnącej liczby turystów.
Jeśli do kogoś to nie trafia, warto sięgnąć po metaforę bumerangu. To, co dajemy dzieciom, do nas wróci. Albo będziemy się cieszyć, że wpoiliśmy dziecku dobre wartości i ono ma teraz fajne życie, albo dostaniemy w głowę za popełnione błędy.
Uwspółcześniając znane przysłowie, jak pościelicie dzieciom dzisiaj, tak one (i wy) kiedyś się wyśpią.
Jak rozmawiasz z Gniewkiem o takich rzeczach? Jakich argumentów używasz, żeby przekonać go, że warto poprawić sprawdzian – że to nie chodzi o ocenę, tylko o budowanie nawyku niepoddawania się?
Moim zdaniem wyzwaniem dla rodzica jest dostosowanie się do aktualnego poziomu intelektualnego i emocjonalnego dziecka. W końcu miarą inteligencji jest umiejętność adaptacji, dlatego trzeba nauczyć się prowadzić dialog na odpowiednim poziomie i budować mechanizmy oparte o logiczne rozumowanie. Dziecko, które ma osiem-dziewięć lat zaczyna już rozumieć, że jeśli poprawi słabą ocenę, to poczuje się szczęśliwe. Nastolatkowi można wyjaśnić, że czasem zwyciężasz, a czasem się uczysz. Upadek na nartach nie oznacza, że jesteś niezdarą, czy konkretna góra jest dla Ciebie za trudna. Następnym razem możesz zjechać i się nie przewrócić.
Oczywiście, dziecko do mniej więcej dziewiątego roku życia ma ograniczoną zdolność do myślenia abstrakcyjnego. Nie rozumie jeszcze, że nagroda może być odroczona. Uważam jednak, że dziewięciolatka warto już uczyć, że gratyfikacja nie musi być natychmiastowa. Nie chcę przyzwyczajać syna, że jeśli poprawi ocenę, to natychmiast mu coś kupię. Chciałbym, żeby czuł, że większy wysiłek daje większą satysfakcję i warto się postarać.
Jak uczysz Gniewka cierpliwości i wytrwałości w dążeniu do celu?
Prosty przykład: dziewiąte urodziny Gniewka. Zaproponowałem mu akcję „Gniewka Pucha dla Malucha” – zbiórkę na dzieci po wypadkach drogowych, zamiast mnóstwa prezentów. Podekscytował się tym pomysłem, ciągle dopytywał, ile już zebraliśmy, ilu dzieciom będziemy w stanie pomóc. To jest ta całkowicie inna matryca, o której mówiłem, dziecko nie myśli, żeby dostać jak najwięcej prezentów, tylko żeby dostać ten najbardziej upragniony, a oprócz tego pomóc innym. I udało się, zebraliśmy tyle pieniędzy, że mały dziewięcioletni Gniewko był w stanie pomóc w dużym wymiarze siedmiu dzieciakom. Później zorganizowaliśmy podobną akcję z okazji pępkowego mojego niedawno narodzonego syna, Radzia.

Radość i zmiana, którą wywołujesz u kogoś, wywołuje o wiele większą radość i zmianę u Ciebie niż gdybyś to skonsumował. To dla mnie ważna wartość: jeśli masz ten przywilej, że posiadasz więcej, podziel się z tymi, którzy mają trudniej.
A skąd u Ciebie wzięła się taka postawa? Sam to „wyryłeś w swojej matrycy”, czy ktoś Ci to przekazał?
To długa historia, ale na pewno w dużej mierze przekazał mi to mój dziadek. Nie myślał tylko o sobie: kiedy wchodził na dach sprawdzić, czy nie jest uszkodzony, to od razu sprawdzał też u sąsiada. Przycinał gałęzie, żeby się nie połamały i nie wpadły sąsiadowi do ogrodu. Robił to po prostu z poczucia odpowiedzialności, ale dla mnie to była matryca. Zabrałem takie podejście ze sobą w dalsze życie.
Nie chodzi o to, żeby zrzucić okruchy ze stołu, tylko oddać pół obiadu. Nagle okazuje się, że ta połowa w zupełności wystarczy, a oddając coś komuś, nie cierpisz, tylko się cieszysz.
Mam taką maksymę już od wielu lat: niewielka zmiana w moim życiu potrafi wygenerować wielką zmianę u kogoś innego. Jako ludzie mamy tendencję do nadkonsumpcji. Wystarczy nam jedna kostka czekolady, a większość z nas sięgnie po drugą, trzecią i kolejną. W rzeczywistości radość się mnoży, gdy się ją dzieli.
Nauczyłem się też ważnej rzeczy: pieniądze są zupełnie inaczej postrzegane przez tego, kto ich potrzebuje i ma zostać obdarowany, a inaczej przez tego, kto je ofiarowuje. Ten, kto ma potrzebę, widzi najczęściej pieniądze jako remedium. Ten, kto mądrze chce pomóc, widzi je jako uzupełnienie wiedzy, doświadczenia, zmiany mindsetu, coachingu, analizy. Pieniądze pomagają, ale nie rozwiązują problemów. Zrozumiałem, że najcenniejsze, co możemy dać, to zawsze jest czas, wiedza, zaangażowanie – czyli uczciwa analiza i uczciwe doradztwo, a dopiero gdzieś z tyłu są kwestie materialne.
Można powiedzieć, że działalność charytatywna to jedna z Twoich pasji?
Pomaganie mnie fascynuje. Na świecie wiele dzieje się w tej sprawie, słyszymy o donacjach Billa Gatesa czy Warrena Buffetta. Zauważ jednak, że zazwyczaj tak zamożni ludzie rozpoczynają działalność charytatywną pod koniec życia. My nie możemy sobie jeszcze pozwolić na pomoc na taką skalę, ale i tak warto wyciągnąć z tego wnioski. Najzamożniejsi ludzie na świecie nie chcą odchodzić jako skrajnie zamożni egocentrycy. Możemy połączyć kropki i już dzisiaj zdać sobie sprawę, że to nie liczba gwiazdek w hotelu czy luksusowy samochód są najważniejsze.
Dobra materialne mogą dać nam satysfakcję na maksymalnie dwa lata, tak działa biochemia mózgu. Tymczasem świadomość, że zmieniliśmy czyjąś sytuację życiową, będzie nas cieszyć wiele lat.
Sam pamiętam, jak pomogłem pewnej dziewczynce, była wręcz w tragicznej sytuacji. Nawet jej nie poznałem, bo nie chciałem, żeby miała poczucie, że jest mi coś winna. To my jesteśmy dłużnikami wobec dzieci, a nie na odwrót. Wszystkie dzieci są nasze.
Spotkałem ją dopiero po latach, z chłopakiem, żyjącą normalnie. Czy myślisz, że czułbym większą radość, jeżdżąc nowym Ferrari, Bentleyem czy Rolls-Royce’em? Nie. A ci, którzy tego nie rozumieją, są moim zdaniem po prostu ubodzy.